Awans nie dla rezerw

Druga drużyna Bałtyku odpadła z Pucharu Polski. Po meczu pełnym dramaturgii i kontrowersji sędziowskich biało-niebiescy przegrali z GKS Kowale 3:4 (2:1), mimo że prowadzili już 3:1, a od 5 minuty grali w dziesięciu.

Bramki: Maksymilian NOWAK (24, 25), Kordian BARTNICKI (42) - Cezary Gołubiński (44-samobójcza), Jan Przybyszewski (63-głową), Kamil Borkowski (77-głową, 90-karny)

Czerwone kartki: Damian PODKAŃSKI (5), Erwin KWAŚNIAK (89), Dominik KLECHA (po zakończeniu meczu)

BAŁTYK II: Schulz - Stencel, Gołubiński Ż, Sobczak (70 Zaborowski Ż), Golc - Grzonkowski, Kwaśniak ŻŻ/89 - Bartnicki, Klecha Cz, Nowak (70 Wejman) - Podkański Cz/5
Rezerwowi: Niciński - Jasina, Mościcki, Fol

Po bęckach zebranych w Redzie zespół Jerzego Jastrzębowskiego zareagował najlepiej jak mógł. Gdynianie byli szybcy, zdecydowani, skuteczni (acz nie do końca), a konkurowali z głównym kandydatem w gr.1 do awansu do IV ligi. Grać w osłabieniu na tyle dobrze, aby mieć prawo zastanawiać się, jakim cudem nie jest 3:0 (a powinno być do przerwy), to historia nieczęsto spotykana.
Równie rzadko doświadczamy takiego spiętrzenia nieudolności arbitra głównego. Arkadiusz Żynis wypaczył przebieg gry, zabić jej ducha nie mógł, bo oba zespoły - mimo wywoływanej przez sędziego nerwowości - chciały awansować. Gdynian pchał do przodu entuzjazm, gości - wyrachowanie przejawiające się przekonaniem, że młody przeciwnik nie wytrzyma tempa. O dziwo, wytrzymał, ale trudno ukryć, że GKS w ligowym składzie miał swoje atuty. Trzy bramki straciliśmy po dośrodkowaniach: z rzutu rożnego i dwukrotnie spod linii bocznej.

Na bieżąco pisaliśmy o wydarzeniach na boisku "B" na twitterze, działo się naprawdę dużo, gole dla nas padały po akcjach, po których dłonie same składały się do braw (drugie trafienie Nowaka z woleja zza linii "16" było znakomite).
Nie zdusiło morale zespołu ani słabo usprawiedliwione wykluczenie Podkańskiego (sędzia stał plecami do zdarzenia, asystenci nie wiedzieli o co chodzi), ani kontuzja Bartosza Sobczaka (nieodgwizdany faul), ani pech Gołubińskiego. Bałtyk walczył nawet w dziewięciu, gdy Kwaśniak otrzymał drugą żółtą kartkę za faul na Dawidzie Krawcewiczu. Erwin próbował dobić strzał przed linią bramkową i miał kopnąć bramkarza w dłoń. To była zresztą akcja, która powinna zabić mecz (na 4:3), kontra, podczas której arbiter dwukrotnie puścił przywilej korzyści (m.in. szarpany za koszulkę był Bartnicki), a następnie te przewinienia całkowicie zignorował.

Wreszcie w czwartej minucie doliczonego czasu arbiter podyktował "jedenastkę". Było ciemno, trudno się spierać, na pewno przeciwnik głośno krzyknął, jednak można się domyślać, jak wielkie emocje buzowały w tym momencie na placu gry. Borkowski huknął i było po sprawie. Od razu po tym kończąc grę - przed upływem doliczonego czasu (!) - Żynis musiał mieć świadomość, że zgromadzeni wokół pola karnego piłkarze (za linią boczną rezerwowi) są jak beczka prochu. Mimo to podpalił lont. Każdy kibic ma taką sytuację w oczach. Zawodnicy rzucili się z pretensjami, na co sędzia szybko zareagował, jeden żółta, drugi zółta, trzeci czerwona. Był przygotowany.
I w tym wszystkim, pomijając męską grę juniorów (było ich dziewięciu) z ligowcami, nie za mocno iskrzyło między piłkarzami. Źródłem wszystkiego, co złe na boisku był sędzia z Sopotu.

Dlatego złożymy wniosek o konfrontację z arbitrem przed Komisją Dyscyplinarną PoZPN. Nie składaliśmy protestów w temacie sędziowskim co najmniej od 10 lat, nie skarżyliśmy się, gdy sędzia-asystent z nadwagą nie zobaczył bramki dającej nam zwycięstwo w 90 min meczu z Lechią II w III lidze.
Ukarani piłkarze nie unikną konsekwencji, prawdopodobnie sprowokowana przez arbitra sytuacja po ostatnim gwizdku będzie kosztować Klechę pauzę w lidze (to ekstra dodatek do zawieszenia w PP), jednak nie widzimy powodów, aby rezygnować z próby nakłonienia Arkadiusza Żynisa do głębszej refleksji.


powrót do listy artykułów